W twoim świecie

Mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki...

Singielka w wielkim mieście

21maja2019
Mówi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki... fot. istock.com

I choć brzmi to jak solidne ostrzeżenie, obstawiam, że każda dziewczyna przynajmniej raz próbowała przekonać się na własnej skórze, czy słowa te mają potwierdzenie w praktyce. 

Wynik? Historii pewnie tyle, co ludzi, niemniej wydaje mi się, że sama plasuję się na wysokiej pozycji w plebiscycie „a wejdę i po raz enty, może jednak się coś zmieni”. I wiesz co? Nie zmienia się nic. No może poza tym, że każdy kolejny raz to silniejszy kop w „cztery litery”. Zaskakujące, prawda?

Dlaczego o tym wspominam? Bez bicia się przyznam, że moje poszukiwania miłości nieco straciły ostatnio na sile. Może to kwestia świątecznej atmosfery, kiedy to w powietrzu unosi się wiara w cuda (według babci moje zamążpójście klasyfikuje się już pod tę kategorię), a może zwyczajne zmęczenie materiału. W końcu nawet największy optymista musi czasami wziąć oddech. Biorąc jednak pod uwagę, że natura nie lubi przestojów, w moim życiu po raz setny pojawił się On. Założę się, że temat na pewno nie jest ci obcy. Ale wróćmy do początku mojej historii.

Reklama

Jest rok 2009. Na akademickim korytarzu zagaduje mnie wysoki, chudy brunet. Od pierwszego momentu twierdzi, że będziemy kiedyś parą, ale muszą upłynąć jeszcze trzy lata, zanim jego przepowiednia się urzeczywistni. I jeśli myślisz, że to historia z happy endem, to niestety cię rozczaruję. Najlepszym określeniem tej relacji mogą być bowiem słowa – „pojawiasz się i znikasz…”.

Ile razy? Pewnie tyle, ile Beata wyśpiewała je na scenie. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, bo każdy z naszej dwójki miał swoje za uszami. Mogę napisać tylko, że działo się między nami tyle samo dobrego, co i złego. A po blisko trzech latach mogłam zanucić „pstryk, iskierka zgasła”. Jak to jednak w życiu bywa, szybko okazało się, że istnieją drzwi, które nie zamykają się całkowicie. I choć oboje byliśmy już w innych relacjach (on w bardziej, ja w mniej stałych), kontakt nigdy się nie urwał. Osłabł, ale gdy był bliski końca, zawsze mógł liczyć na reanimację.

Aktualnie oboje jesteśmy singlami, więc jak się domyślasz, ponowne spotkanie było kwestią czasu. Tym razem jednak nie musieliśmy mieć żadnych zahamowań. Jeden, drugi, trzeci wieczór... Czy było warto? Może cię zaskoczę, ale niespecjalnie. Bo mimo że przez chwilę ktoś wypełnił pustkę, następnego dnia wykopał jeszcze większą uczuciową dziurę. W końcu jesteś już dużą dziewczynką i doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że „żyli długo i szczęśliwie” to nie wasze zakończenie. A obietnica romantycznych nocy to nie propozycja związku i miłości aż po grób. Zastanawiasz się, dlaczego zdecydowałam się na ten ruch?

Czy oznacza on, że nie uczę się na własnych błędach?

A może to akt desperacji? Jestem w stanie uwierzyć, że mieszanka wszystkiego po trochu. Poza tym czasami naprawdę przyjaźniej patrzy się w znanym kierunku. Oczywiście jestem otwarta na nowe (w końcu to moje noworoczne postanowienie), ale zdarzają się chwile, kiedy po prostu brakuje siły i motywacji. Singielko, znasz to uczucie, prawda? W końcu ile razy można opowiadać o dzieciństwie, swoich życiowych celach czy wszelakich talentach. Eks to już gotowy produkt, który nie tylko zna twoją historię, ale i potrzeby. Czy warto wracać do byłych? Myślę, że po dziś dzień to pytanie śni się filozofom. Moja babcia mówi, że jeśli coś stało się raz, nie masz pewności, że się powtórzy. Ale jeśli coś przydarzyło się po raz drugi, na pewno zdarzy się i trzeci. W moim przypadku oznaczałoby to raczej katastrofę, ponieważ razem tworzymy zbyt wybuchową mieszankę.

Ale gdybyś sama chciała spróbować ponownie wejść do rzeki, mam historię, która pokazuje, że nie zawsze grozi to utonięciem. Moi znajomi zaczęli się spotykać jeszcze w liceum. Młodzieńcze uczucie nie wytrzymało jednak akademickiej próby i nastał czas, kiedy trzeba było wrzucić kłódkę zakochanych do wody. I choć każde z nich prowadziło życie pustelnika, ich kontakt nigdy nie urwał się całkowicie. Przez kilka lat zdarzały się im niezobowiązujące kawy czy spacery. Po pewnym czasie postanowili dać sobie więc jeszcze jedną szansę. Było warto? Dziś zwiedzają razem świat i właśnie przymierzają się do kupna wspólnego mieszkania. Dodatkowo tworzą parę, w której szacunek i zaangażowanie wiodą prym. Możesz nie wierzyć, ale są jednym z nielicznych duetów, którym szczerze zazdroszczę. Jaki z tego morał? Poza tym, że jestem małą zazdrośnicą, to cuda i wyjątki się zdarzają. Wiem jednak, że nie obyło się bez ogromnej pracy z każdej ze stron i pewnie sporej dawki szczęścia. Tak czy inaczej może opłaca się czasami zaryzykować? Podobno warto dawać drugą szansę, bo niekiedy los nie był gotowy na pierwszą. Czy ty również masz na sumieniu taką historię? Opowiadania o eksmiłościach i innych sercowych perypetiach czy przemyśleniach przyjmuję w ilościach hurtowych, wykorzystując je później jako inspirację do kolejnych felietonów. Pamiętaj, czekam na maila pod adresem cosmo@cosmo.pl. Chętnie przeczytam i przekażę innym #cosmogirls! 

A tymczasem nadal szukam księcia...

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj