W twoim świecie

Zamieszkałam z chłopakiem i jego rodzicami...

Co może się zdarzyć, kiedy zostawiasz swoje mieszkanie i wprowadzasz się do dziecinnego pokoju swojego faceta? Przeczytaj.

27lutego2019
Zamieszkałam z chłopakiem i jego rodzicami... fot. istock.com

Oparłam się na klatce piersiowej mojego narzeczonego, desperacko szukając prezerwatywy w jego szafce nocnej. Papiery, zdjęcia… opakowanie po cukierkach? Zapaliłam światło. Dojrzałam parę niemowlęcych bucików. Biorąc pod uwagę, że nie mamy dziecka, podniosłam je ze zdziwieniem. – Miałem je na sobie podczas chrztu – wyjaśnił mój facet. – Znasz moją mamę, chciała coś mieć na pamiątkę... Nastrój prysł, a ja po raz milionowy zadałam sobie pytanie: jak to możliwe, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji? Kilka miesięcy wcześniej jedliśmy z ukochanym obiad w naszej ulubionej meksykańskiej restauracji. Trochę stresowaliśmy się naszą sytuacją finansową. Mimo dwóch źródeł dochodu (ja jestem dziennikarką, on menedżerem od sprzedaży) nie było różowo. Zostało nam 365 dni, żeby zaoszczędzić na wesele i pierwszą ratę wspólnego mieszkania. Marne szanse, biorąc pod uwagę wysokość naszych pensji. Jeremi wgryzł się w swoje burrito i wypalił: „Moglibyśmy przeprowadzić się do moich rodziców, żeby zaoszczędzić. Na pewno byliby szczęśliwi. Tylko na rok”.

Reklama

Prawie oplułam się swoim drinkiem, bo stanął mi przed oczami bliźniak, w którym Jeremi dorastał. Mieliśmy po 27 lat i oczywiście znaliśmy ludzi w naszym wieku, którzy wciąż, ze względów finansowych, mieszkali z rodzicami. Byłam jednak przekonana, że ten etap życia mam już za sobą i bardzo mnie to cieszyło. Nie chciałam robić kroku w tył. Poza tym – to miałby być pierwszy raz, kiedy zamieszkalibyśmy razem i nie chciałam, żeby to „razem” oznaczało także towarzystwo moich przyszłych teściów i 12-letniego brata Jeremiego. – To chyba nie jest opcja – odpowiedziałam. Ale wystarczyło, że przeczytałam kilka ogłoszeń o sprzedaży mieszkań (kosmiczne ceny!) i wymieniłam kilkanaście mejli na temat sali weselnej, sukienki i czekoladowej fontanny, i moje „nie” zmieniło się w „być może”. Jeśli marzenia o ślubie i wspólnej przyszłości miały się spełnić, trzeba było złożyć jakąś ofiarę. Wysłałam Jeremiemu SMS-a z tekstem: „OK, zanim się rozmyślę”. Pierwszy raz pokłóciliśmy się już w dzień przeprowadzki.

Próbowałam właśnie upchnąć moje ciuchy pod łóżko (w szafie nie było już miejsca), kiedy wparowała jego mama zapraszając nas na obiad do salonu. – Tak, zaraz zejdziemy – rzucił bez wahania mój chłopak. Spojrzałam na niego zdziwiona. Mój pomysł na zredukowanie stresu związanego z przeprowadzką to była mała knajpka, butelka wina i tylko my dwoje. A on chciał wracać do roli nastolatka, który jada z rodzicami. Wiedząc, że jego rodzina przez cienkie ściany słyszy każde moje słowo, nie mogłam wrzeszczeć i robić awantur. Powstrzymałam się też i nie wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. Zamiast tego wysłałam SMS-a: „Tak serio, to chciałam wyjść gdzieś na romantyczną kolację, ale OK. Może w takim razie jutro?”. „Oczywiście” – odpisał z kuchni. Nie mogłam w to uwierzyć. Jeszcze nigdy nie udało nam się tak błyskawicznie osiągnąć kompromisu. W kolejnych tygodniach SMS-y stały się naszą sekretną bronią. Z pomocą emotikonów i żartów informowałam mojego narzeczonego o wszystkim, co mnie niepokoi („Hm. Kot twojej mamy zwymiotował mi do buta”). Wcześniej mogłam sobie zatrzymać dla siebie swoje emocje i kiedy wreszcie orientowałam się, że on nie czyta w moich myślach, wyskakiwałam z całą listą pretensji. Teraz jednak zdałam sobie sprawę, że jeśli mamy przetrwać ten rok bez zrywania zaręczyn (i zachować poprawne stosunki z moimi przyszłymi teściami), musimy zmienić styl naszej komunikacji. Nauczyliśmy się kłócić... dyskretnie. Bez wybuchów gniewu i referendum na temat „tak” albo „nie” naszego związku. Zmieniły się reguły gry. Ale nie tylko styl naszych kłótni musiał ulec metamorfozie. Kiedy opowiadałam znajomym o naszych planach przeprowadzkowych, wszyscy zastanawiali się, co zrobimy, żeby nasze życie seksualne nie ucierpiało na naszej decyzji. Na początku było mi trudno zrelaksować się w pokoju, w którym on mieszkał jako dziecko (którą koleżankę z klasy pozbawił dziewictwa na tym materacu?). Ale z czasem nasze życie seksualne się nawet poprawiło. Jak większość par popadliśmy w rutynę, a nowe warunki mieszkaniowe sprawiły, że musieliśmy być kreatywni – jak w pierwszych miesiącach naszego związku. Dlatego planowaliśmy sekretne misje. I kochaliśmy się na przykład, kiedy jego rodzice oglądali telewizję. Poczułam się znów jak nastolatka. Strach przed byciem przyłapaną okazał się niezłym afrodyzjakiem.

I nawet drobne rzeczy, jak schowanie twarzy w poduszkę, żeby nikt nie słyszał jak dochodzę albo koncentracja na tym, jak zmienić pozycję, by łóżko nie zaskrzypiało – okazały się niespodziewanie sexy. Jasne, nienawidziłam chwil, kiedy włączał się alarm (zdecydowanie za często) i wkurzałam się, że rano muszę się ubrać zanim zaszyję się w mikroskopijnej łazience na dole, bo nie chciałam, by moja konserwatywna teściowa przyłapała mnie nago. I podsłuchane kłótnie przyszłych teściów też nie należały do przyjemności, ale.. w sumie cieszyłam się, bo dzięki tej nowej sytuacji poznałam mojego przyszłego męża z zupełnie innej strony. Myślałam, że wiem o nim wszystko. Znałam jego słabość do szczeniaków i minę, jaką robił, gdy miał doła i chciał być sam. Ale obserwowanie go z rodziną dzień po dniu – jak ugniatał ciasto ze swoją mamą, z policzkami umorusanymi mąką, jak ściskał swojego brata przed wyjściem na test z matmy – sprawiło, że zobaczyłam, jak bardzo jest oddany rodzinie. I poczułam ulgę, zdając sobie sprawę, że Jeremi jest dokładnie tą osobą, z którą chcę spędzić resztę życia i pewnego dnia, stworzyć własną rodzinę. Kiedy rok dobiegał końca, podpisaliśmy umowę kupna naszego mieszkania. Było to kilka tygodni przed naszym ślubem. Poczułam ulgę wyprowadzając się od przyszłych teściów, ale przebywanie z nimi wcale nie okazało się takim piekłem, jak się spodziewałam. I kiedy Jeremi ostatnio zaproponował, żebyśmy na czas remontu kuchni znów się do nich przeprowadzili na kilka tygodni, zgodziłam się. Pod warunkiem, że wyniesie z pokoju buciki, które miał na chrzcie.

Artykuł premierowo ukazał się w 04/2016 Cosmopolitan.

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj