W jego świecie

Jak czytać mowę ciała faceta?

Nie należymy do najbardziej wylewnych. Ukrywamy swoje prawdziwe intencje i o nich nie mówimy. Nasze ciała jednak nie słuchają poleceń, by niczego nie zdradzać. I mówią aż za dużo

Marcin Klimkowski

23lutego2019
Jak czytać mowę ciała faceta? fot. istock.com

Myśliwi nie należą dziś do szczególnie szanowanych grup. Zabawa w zabijanie zwierząt raczej budzi gorący sprzeciw niż zrozumienie. Samo słowo jednak istnieje i istnieć będzie. Może zmieni znaczenie i kiedyś będzie opisywało wyłącznie nas, facetów, którzy polujemy wzrokiem, słowami, gestami i zachowaniem na was, dziewczyny, ale bez intencji skrzywdzenia kogokolwiek? Oby tak się stało! Wygląda na to, że myśliwymi nie przestaniemy być nigdy.

To atawizm, zakodowana w genach potrzeba zdobycia jak największej liczby kobiet. Socjobiolodzy powiedzą, że tak wymyśliła to natura, na którą nie ma siły, chodzi o rozprzestrzenienie DNA. Ale nie zrozumcie tego źle. To nie znaczy, że każdy z nas to potencjalny zdrajca, który na widok interesującej dziewczyny czuje zew krwi, którego nie jest w stanie opanować. Nic z tych rzeczy, mamy wgrane rozmaite mechanizmy kontrolne, które stopują nas w odpowiednim momencie (no dobrze, nie każdego). Jedne wynikają z empatii, niechęci do ranienia ukochanej osoby czy posiadania moralnego kręgosłupa. Inne z kolei ze strachu (np. przed chorobami i narobieniem sobie kłopotów), a jeszcze inne z czystej kalkulacji (ponętna koleżanka z pracy może i byłaby dobrym trofeum, ale korzyść związana z jej zdobyciem jest niewspółmierna do ryzyka, utraty ukochanej kobiety nietolerującej niewierności).

Chociaż więc jedni z nas (single) polują, bo mogą i chcą, a inni (zaobrączkowani, wierni, nieuznający zdrady) nie polują, bo nie mogą lub nie chcą, to nasze ciała robią to niemal zawsze. Może nie zawsze i nie każdy z nas, ale na ogół działamy dokładnie tak, jakbyśmy byli wolni, a pojawiające się na horyzoncie piękne kobiety były celem polowania. Wyjątkowo zazdrosne z was są w tym momencie proszone o wypicie szklanki wody albo wykonanie kilku głębokich oddechów dla uspokojenia nerwów.

Reklama

Podryw jest kwintesencją męskości.

Nasze ciała podrywają mimowolnie. W dobie Tindera i pokrewnych aplikacji tego może nie widać, ale i tak przecież kiedyś dochodzi, bo musi, do konfrontacji. Wówczas rozszerzają się nasze źrenice, następuje (brzydkie słowo) „obcinka” wzrokiem, zmienia się postawa. Bez względu na to, czy jesteśmy myśliwymi skrytymi czy otwartymi, reagujemy jak drapieżcy. Wypinamy klatkę piersiową, przestajemy się garbić, zwracamy się frontem do „atakowanej”. Uśmiechamy się, zwilżamy wargi, szukamy kontaktu wzrokowego. Uwodziciele nie walczą z tymi zmianami postawy, nawet je w sobie pielęgnują.

Ci z nas, którzy się za takich mają, pocierają gardła, podobnie do was przeczesują włosy (co ciekawe, nawet wówczas, kiedy ich nie mają). Gdyby udało się zaobserwować zmiany na skórze mężczyzny, któremu podoba się kobieta, prawdopodobnie można by sfilmować, że mięśnie pracują intensywniej, wydziela się pot, a temperatura ciała minimalnie rośnie. Coś jak w stresującej sytuacji, jednocześnie niezbyt to może przyjemne, ale z drugiej strony mobilizuje i przygotowuje do działania.

Podstawowym elementem mowy ciała jest twarz. Przeciągamy kontakt wzrokowy i patrzymy „uporczywie”, czyli tak, by ten wzrok został dostrzeżony. Im kto z nas odważniejszy, tym trwa to ponad miarę długo, byle tylko poza granicę neutralnej wymiany spojrzeń. Magnesem są jednak nie tylko oczy, ale cała twarz. Chociażbyśmy byli introwertykami,  jak zwierzęta pokazujemy zęby, najczęściej w szerokim uśmiechu, a także „uśmiechamy się oczami”.

Najciekawsze jednak, co dzieje się, kiedy nasze „twarzowe zaloty” napotkają na pożądaną reakcję. Dopiero wówczas się zaczyna, kiedy przyjmujecie podryw (choćby nawet był to platoniczny dowód zainteresowania w komunikacji miejskiej). Zaczyna się, czyli następuje atak. Mimowolnie się zbliżamy, zaczynamy gestykulować, przyjmujemy postawę otwartą, czyli rozszerzamy nogi i przestajemy trzymać zaplecione ręce, o ile wcześniej je w ten sposób układaliśmy. Nasze stopy zwracają się w kierunku kobiety, wypinamy biodra i wyprężamy się, by dodać sobie pewności siebie, a swojej postawie powagi.

Jeśli sytuacja nie ma szans na kontynuację, czerpiemy z niej po prostu radość. Ale już na randce, kiedy czujemy, że dostaliśmy przyzwolenie, błyskawicznie dążymy do kontaktu cielesnego.

To może być przytrzymanie uchwytu dłoni, połączone z utrzymaniem kontaktu wzrokowego albo dotknięcie przedramienia, dłoni, ramienia, biodra, czegokolwiek. Właściwie ten moment decyduje o wszystkim, atakując, przekazujemy wam pałeczkę. Wzroku odrzucić nie można, ale jeśli dotyk zostanie odrzucony, zaczynamy rozumieć, że coś poszło nie tak. Kiedy dzieje się odwrotnie, nie ma szans, byśmy nie zrozumieli tego jako zachęty i przyzwolenia. Zresztą rodzi to mało zabawne konflikty. Jako kobiety jesteście przyzwyczajone do kontaktu cielesnego daleko bardziej niż my. Dotykanie nie jest dla was jednoznaczne z seksualną czy romantyczną zachętą. Tymczasem my interpretujemy je zerojedynkowo. Skoro kładziecie nam rękę na ramieniu, pozwalacie na podobny gest w stosunku do siebie.

A jeśli nie strącacie dłoni, która dotyka waszego biodra, zapraszacie do dotyku. Doskonale wiadomo, że wcale tak nie musi być, szkoda tylko, że my o tym nie chcemy wiedzieć.
Tyle jeśli chodzi o podryw, który w naszym wykonaniu następuje wiele razy w ciągu dnia i najczęściej nie ma nic wspólnego z chęcią nawiązania kontaktu. Jest wyrazem podziwu i ekscytacji spotkaniem na swojej drodze interesującej dziewczyny, a nie realną potrzebą wzięcia jej za żonę albo zaciągnięcia do łóżka.

Zazdrośnice mogą odetchnąć spokojnie, tym bardziej że nawet te z was, które są w związkach i preferują wierność, najczęściej są obiektem mniej lub bardziej zawoalowanego zainteresowania (jednym z was sprawia ono przyjemność, inne męczy, jeszcze inne uznają, że to o krok za daleko, na przykład w pracy).

Jednak nasze ciała mówią przez cały czas, także kiedy podryw zakończył się sukcesem. Większość z nas dąży do cielesnego kontaktu ze swoimi ukochanymi, ma potrzebę trzymania za rękę i dotykania. Może nie na taką skalę jak wy, ale także lubimy spacerować w objęciach, przyciągać do siebie, tańczyć tak blisko, jak tylko można. Za to w odróżnieniu od was wykonujemy przy tym gesty władcze i dające wszem i wobec do zrozumienia, że oto nasze polowanie zakończyło się triumfem. A inni myśliwi najlepiej niech to widzą i się tego boją...

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj