Miłość & Seks

Czemu faceci nie lubią gry wstępnej?

Pożądamy waszej autentyczności, zaangażowania i odwagi dużo bardziej niż konkretnego koloru włosów, stylu ubierania się czy wymiarów w biuście i biodrach

Marcin Klimkowski

22lutego2019
Czemu faceci nie lubią gry wstępnej? fot. istock.com

Gdyby powód, dla którego faceci nie lubią gry wstępnej lub ją lekceważą, był tylko jeden, sprawa byłaby prosta. Bo jedną rzecz łatwo przecież wyeliminować. No ale niestety, przyczyn jest znacznie więcej.

Słynny żart o tanim winie. Jednak budowanie na szybkich numerkach seksualnej relacji między dwojgiem ludzi to gotowy przepis na katastrofę. Na szczęście coraz więcej facetów zaczyna rozumieć tę zależność. I coraz więcej z nas bierze pod uwagę fakt, że seks to nie krótkie spięcie zakończone obopólną satysfakcją, ale zdecydowanie długotrwały proces.
To prawda, że nie wszystkie kobiety kochają grę wstępną. Oczywiście, że są i takie, które lubią przechodzenie do meritum bez zbędnego przedłużania pieszczot i zalotów. Takie „weź mnie tu i teraz”. Jednak takie kobiety są w zdecydowanej mniejszości, na co wskazują badania. Gra wstępna ma dla ponad 80 proc. kobiet ogromne znaczenie, bywa wspominana nawet chętniej niż późniejsza łóżkowa gimnastyka. Emocjonalnie potrafi pobudzać znacznie skuteczniej i na dłużej.

Skąd zatem nasza męska niechęć do gry wstępnej? Skąd jej nasze niezrozumienie, bo chyba tak to precyzyjniej trzeba nazwać? Przyczyn jest kilka. Pierwszą z nich jest biologia. Niestety, ewolucyjnie jesteśmy zwierzątkami, które po przodkach – mieszkańcach jaskiń – odziedziczyły pewne cechy, które do dziś siedzą w naszych genach. Jedną z nich jest atawizm, który polega na tym, że jako mężczyźni rozbudzamy się stosunkowo szybko. Tysiące lat temu nasi przodkowie żyli w ciągłym zagrożeniu: współplemieńcami, dzikimi zwierzętami, nieobliczalną przyrodą. Seks nie był przyjemnością, ale powinnością i trzeba było go uprawiać tak szybko jak to tylko możliwe. Na przykład, żeby nie zostać zjedzonym.

Reklama

I ta szybkość pozostała nam do dziś. Zdrowy facet, który siedzi sobie z partnerką na kanapie i popatrzy na jej krągłości, jest biologicznie gotowy do stosunku w kilka sekund. Mówiąc wprost, ma wzwód (i ma go wielokrotnie w ciągu dnia). Technicznie pozostaje mu więc zaspokoić seksualną chuć. Tymczasem priorytetem kobiety, biologicznie, wcale nie jest mieć orgazm. Jako panie atawistycznie nastawione jesteście na znacznie staranniejszy dobór partnera. Pobudzenie musi trwać, nie następuje natychmiastowo, choćby na wspomnianej kanapie. Rzadko która kobieta reaguje w mgnieniu oka na podryw, który nie zostanie poprzedzony tańcem godowym. A ten taniec godowy to właśnie współczesna gra wstępna.
No i właśnie tutaj przechodzimy płynnie do przyczyny drugiej i chyba ważniejszej, czyli męskiego niezrozumienia różnic w naszej (męskiej i kobiecej) seksualności. A to niezrozumienie wynika z niedostatków edukacyjnych. Jak wygląda seksualna edukacja w Polsce, wszyscy wiemy. Młodzież uczy się o prokreacji, biologii, antykoncepcji i to od stosunkowo niedawna (przez wieki w ogóle o tym nie mówiono). Ale żeby była uczona seksualności? Toż to byłaby Sodoma i Gomora!

Męski punkt widzenia

W związku z tym seks jest chyba jedyną dziedziną wiedzy (tak właśnie: wiedzy), której tajniki poznajemy na własną rękę. Od kolegów na podwórku, z wykrzywiającej rzeczywisty obraz pornografii, i na szczęście coraz częściej od postępowych rodziców. Ale droga do poprawy sytuacji jest bardzo wyboista. Biorąc to pod uwagę: skąd młodzi i niedouczeni mężczyźni mają wiedzieć, że u kobiet pożądanie rodzi się w mózgu, a nie, jak u nich, w lędźwiach? I że nawilżenie pochwy i przyspieszony oddech są zupełnie czymś innym niż wzwód, który pojawia się błyskawicznie? Że kobiety wymagają pracy, czyli... gry wstępnej.

Jest jeszcze trzeci problem, kulturowy. Kobieca seksualność jest „wynalazkiem” stosunkowo nowym, przynajmniej w judeochrześcijańskim kręgu kulturowym. Orgazmy i łechtaczki to jakieś brewerie naukowców z XX wieku! Wcześniej kobiety nie były istotami seksualnymi, a mężczyźni jak najbardziej. Nie było zatem żadnego, ale to żadnego nastawienia na zaspokojenie kobiecych potrzeb, bo zdominowany przez facetów świat w ogóle nie dopuszczał do siebie informacji, że takowe potrzeby istnieją. Wytrawni kochankowie
w rodzaju Casanovy, to były wyjątki potwierdzające regułę.

Jakby tego było mało, jako mężczyźni uważamy, że seks to stosunek seksualny. Nic poza tym seksem nie jest. Wybaczcie dosadność, ale mamy w pustych łbach zakodowane, że żeby był seks, to musi być włożenie penisa do pochwy. Są na ten temat dowcipy, są tego historyczne uzasadnienia (cały kult dziewictwa i rozdziewiczania). Przypomnijcie sobie, pożal się boże, tłumaczenie prezydenta Billa Clintona, który wprost stwierdził, że z Monicą Lewinsky nie miał „stosunków seksualnych”, chociaż później wyszło na jaw, że jednak miał, tylko oralne. No ale oralne – w głowie przeciętnego faceta – to gorsze, niepełne. Tego typu myślenie wciąż w naszych głowach jest, a ma to wpływ na naszą grę wstępną, uważaną za stratę czasu i energii, którą można by poświęcić na sam „akt właściwy”.

Co z tym fantem zrobić, biorąc pod uwagę, że gra wstępna jest przez was panie tak bardzo pożądana i uwielbiana? Nie pozostaje chyba nic innego, jak szczera rozmowa i edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Mówicie swoim ograniczonym biologicznie i kulturowo facetom, że rozkosz sprawia wam gładzenie, mizianie, zaloty, wcześniejsza randka, komplementy. Przygotowanie się i popracowanie nad efektem, używanie języka i palców, a nie tylko prosty komunikat „pragnę cię, zróbmy to tu i teraz”.

Jest zagrożenie, że bez was, z zalanymi chucią mózgami (napalonemu facetowi naprawdę głowa pracuje gorzej, trochę jak u pijanego), nie dowiemy się, że nie ma potrzeby się spieszyć. Bo brakuje nam cierpliwości, zapominamy o drobiazgach, traktujemy grę wstępną jak pracę domową „do odrobienia”, a więc nienaturalnie i sztucznie.

Coraz więcej z nas, serio, chce być doskonałymi kochankami.

I coraz więcej rozumie, że dostarczenie partnerce rozkoszy jest właśnie tą drogą, by takim zostać zapamiętanym. Kilka słów podpowiedzi, jasnych wskazań i komunikatów – jakie pieszczoty uwielbiacie, w jakich dawkach i kiedy – powinno pomóc. Nam, czyli w konsekwencji także wam. Bo przecież o wspólne dobro nam chodzi.

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Skomentuj