COSMO BODY

Czy wiesz, co to jest „food shaming”

Dlaczego zrobił się taki modny?

24kwietnia2019
Czy wiesz, co to jest „food shaming” fot. istock.com

Co ty jesz? Cukier? Mięso? Węglowodany? Gluten? Wstydź się!

Kanapka to jedna z najgorszych rzeczy, jakie możesz wyrządzić swojemu ciału – takie zdanie wygłosiła ostatnio moja koleżanka podczas lunchu. Wygłosiła, i dalej, z miną pod tytułem: „świat zszedł na psy”, żuła swoją fasolkę edamame. A mnie kanapka stanęła w gardle. Ta moja koleżanka (nazwijmy ją roboczo Kamila) to nie jedyna osoba, jaką znam, która wypowiedziała wojnę całkiem niewinnym produktom spożywczym. Na forach dyskusyjnych dla gotujących coraz częściej można spotkać wypowiedzi w stylu: „Jogurt? O nie. Mleko jest dla cielaków. I zawiera hormony wzrostu, które niebezpiecznie podnoszą poziom insuliny i są totalnie szkodliwe”. Nawet ulubionej (do niedawna) oliwie z oliwek się dostaje: „Czytałam, że kiedyś używano jej jako oleju do lamp. Mamy jeść olej do lamp? Zawarte w nim chlorydy są trujące”.

Od kiedy jedzenie stało się religią?

Reklama

Blogi o odżywianiu i gotowaniu zamieniły się w pole bitwy. Samozwańczy guru od diety próbują obrzydzić każdą potrawę normalnie odżywiającej się części społeczeństwa. Cukier, mleko, gluten i przyjaciele to, ich zdaniem, trucizny. Apostołowie jedzenia mają wsparcie celebrytów. Kim Kardashian wrzuciła kiedyś do netu zdjęcie z siostrą i podpisała je: „Próbowała zmusić mnie do jedzenia węglowodanów”. O nie! Węglowodany! W hollywoodzkich kręgach włożenie ich sobie do ust równa się połknięciu pękniętego termometru z rtęcią. Oczywiście klasyfikowanie jedzenia w kategoriach „dobre” i „złe” nie jest niczym nowym, ale nigdy jeszcze dyskusje na ten temat nie były tak gorące. Do tej pory na cenzurowanym głównie był cukier i tłuszcze, ale w ostatnim czasie lista produktów zakazanych wydłuża się co najmniej o jedną pozycję tygodniowo. Albo jakoś tak. Pszenica. Mięso. Mrożonki. Soja. Kukurydza. „Naprawdę zamierzasz to zjeść?” – pyta nas teraz ze zgrozą nie mama, ale nasza przyjaciółka, gdy sięgamy po żelowego misia.

Czy food shaming to nowy rodzaj mobbingu?

Polega na tym, że oceniamy ludzi po tym, co konsumują. I może się okazać, że ty ze swoim papierosem, burgerem, glutenem – jesteś gorszym człowiekiem. Wydaje się to absurdalne, bo jeśli ktoś ma ochotę na hamburgera, to niech go sobie je. Jego sprawa. Z drugiej strony, twierdzą socjologowie, seks i jedzenie to dwa tematy, które najczęściej w dziejach ludzkości poddawane są ocenie. I skoro jedna z tych kwestii (seks mianowicie) powoli przestaje być tematem tabu, druga zaczyna przejmować jej rolę. W świecie zachodnim sam fakt, że prowadzisz życie erotyczne (nawet dość bujne) nie sieje już zgorszenia. W związku z tym zgorszenie wywołują twoje zwyczaje żywieniowe. To, co masz na talerzu, może więc być brudne, szkodliwe, zabójcze, niemoralne. I nieważne, czy w modzie jest gluten-free, paleo czy weganizm, we wszystkich tych dietach mamy do czynienia z pewnego rodzaju postem, ograniczeniami. Tak jak w religii. Tak jak w seksie. Kiedyś o tym, co wolno, a czego nie (i kiedy wolno oraz z kim), decydowali księża, szamani i inne osoby duchowne. We wszystkich kulturach uchodzili za ekspertów. Mieli wiedzę, która zwykłym ludziom była niedostępna. Wiedzę o tym, jaki rodzaj postępowania zapewni nam oświecenie, niebo czy nirwanę. Asceza w każdej dziedzinie i w każdym społeczeństwie uchodziła za klucz do bram raju. Dzisiaj też trochę w to wierzymy. Różnica jest tylko taka, że nie do końca wierzymy w guru. Straciliśmy zaufanie do autorytetów, więc sami mianujemy się ekspertami. I sami decydujemy, jakie jedzenie jest „clean”, czyste, a co jest jedzeniowym grzechem.

Jak zachować się w świecie pełnym freaków od zdrowia?

Którzy wywołują wojny na portalach społecznościowych i w innych mediach. Co chwilę pojawiają się nowe niusy, które mają wywrócić nasze życie do góry nogami. Kolejne superfoodsy robią zawrotną karierę.

I detronizują te sprzed tygodnia. Nasiona chia już nie są trendy, bo do łask wrócił len. Jarmuż okazuje się jednak lepszy od jęczmienia. Wiedziałaś? Jeśli nie, to zaraz się dowiesz, bo w kręgu twoich znajomych na pewno jest jakiś misjonarz, który zapragnie wyleczyć cię z ignorancji. A może to ty jesteś taką misjonarką i wygłaszasz wykłady? Obsesja na punkcie jedzenia ma jeszcze jedno uzasadnienie kulturowe. W zalewie masowej produkcji żywności zaczynamy uciekać w drugie ekstremum: chcemy jeść tylko to, co sami wysiejemy, zbierzemy, upolujemy. W ostateczności kupimy od znajomego rolnika, którego pole wcześniej dokładnie obejrzymy. A ponieważ każdy trend wywołuje antytrend, po jednej stronie mamy tych, którzy żywią się nieprzetworzoną żywnością i wsuwają marchewkę ledwie otrzepaną z ziemi, a po drugiej stronie jest „food porn”: wymyślne dania, które uwodzą smakiem, zapachem, wyglądem. I pokazują się na Facebooku.

W świecie, w którym co weekend możesz wybrać się na targ śniadaniowy, kucharze są większymi celebrytami niż aktorzy, a co drugi program TV dotyczy jedzenia? Rób swoje. To znaczy – jedz swoje. To, co ci smakuje i co uważasz za dobre dla siebie. Gdy koleżanka robi miny, bo zamawiasz tagliatelle z sosem śmietanowym (albo smoothie z acai) – uśmiechnij się tylko. Nie daj się wciągnąć w bezsensowną wojnę, w której nikt nie wygrywa. To trochę tak jak z religią czy polityką, na pewne tematy lepiej nie rozmawiać, jeśli chce się zachować dobre relacje i dobry humor. A kto uważa, że unikanie cukru/nabiału/glutenu (niepotrzebne skreśl) jest jedyną drogą do szczęścia, pewnie nigdy nie jadł na śniadanie ciepłych croissantów i nie popijał ich latte z syropem czekoladowym. Poprawiają nastrój bardziej niż koktajl z alg. A to, co polepsza nastrój, dodaje też urody. I zdrowia. I nieważne, czy jest „clean” czy nie.

Zobacz więcej...:

Czy naprawdę musimy pić 2 litry wody dziennie?

Czy seks ma wpływ na sport?

Reklama

Polecamy również

Skomentuj