COSMO BODY

Czy ruch „body positive” ma na nas zły wpływ?

Zobaczcie autorkę artykułu w „Pytanie na Śniadanie”

Anna Mierzejewska

21lutego2019
Czy ruch „body positive” ma na nas zły wpływ?

Dlaczego ruch „body positive” wcale nie jest pozytywny?

Wiem, tym pytaniem wbijam kij w mrowisko. Zanim jednak zaczniecie wieszać na mnie psy, przeczytajcie ten tekst. Do końca.

Zanim zabrałam się za pisanie, zrobiłam eksperyment socjologiczny. Przeszłam się po naszym biurze, zadając każdej napotkanej osobie to samo pytanie. „Z czym kojarzy ci się sformułowanie body positive?” Zaznaczę, że choć w wydawnictwie znakomita większość pracowników to kobiety, w męskich tytułach pracują mężczyźni. Nie mogłam więc nie uwzględnić ich w swojej ankiecie. Zresztą pomyślałam, że ich opinie również mogą mi się przydać. Usłyszałam wiele różnych odpowiedzi. Dominowała jedna: „Body positive oznacza, że każde ciało jest piękne, a w szczególności to krągłe, które nie wpisuje się w obecne kanony piękna”. Uczestniczki mojego eksperymentu wypowiadały się o ruchu z dumą, faceci zaś z lekkim niezrozumieniem. Wielu z nich, nie umiejąc jednoznacznie opowiedzieć się „za” lub „przeciw”, odpowiedziało mi pytaniem na pytanie. „A dla ciebie, czym jest body positive?” Odpowiedziałam: „Ciałopozytywność to ściema”.  

Założenie było słuszne. Gdzieś w 2006 roku gigant branży kosmetycznej odpowiedzialny za produkty do pielęgnacji wypuścił kampanię, w której udział wzięły kobiety o różnych kształtach i kolorach skóry. Specjaliści z Dove, bo o tej marce mowa,  swoją komunikację budowali na uświadamianiu kobiet na temat prawdziwego piękna. Rzeczywiście, do dzisiaj film z uśmiechniętymi kobietami w bieliźnie prezentowany jest jako swoiste case study w dziedzinie marketingu. Czy jednak teraz, w 2018 roku, hasło body positive oznacza to samo co kiedyś? Według mnie, nie. Postanowiłam jednak sprawdzić, czy w swojej ocenie nie jestem odosobniona.  Zaprosiłam na kawę Karolinę Cwalinę  – life & business coacha, autorkę książki „#Girlstalk Dziewczyny. Rozmowy. Życie” i Małgosię Krześniak, która na co dzień współpracuję z Karoliną, a także zajmuje się marketingiem i jest kulturoznawczynią. Temat zapoczątkowała Karolina.

„Zahaczę o własną historię. Nazywam się Karolina Cwalina, w swoim życiu ciężko chorowałam, ważyłam 140 kilogramów, byłam gruba, czerwona i nieszczęśliwa. Gdy schudłam, musiałam przejść operacje plastyczne, m.in. wycinano mi nadmiar skóry. Potem znów zaczęłam tyć i zatrzymywać wodę, aż w końcu postawiono mi diagnozę. Gdy ruszyłam z projektem »Sexy zaczyna się w głowie«, w którym głównie chodzi o to, że seksapil rodzi się w naszym umyśle, a nie na zewnątrz, spotkałam się z hejtem. Odbiorcy pytali, po co chudłam, skoro uważam, że wygląd wcale nie jest taki istotny? Potem, gdy już zaakceptowałam siebie, usłyszałam, że zbudowałam całą popularność na chudnięciu. Teraz zaś głównie pojawiają się komentarze pełne zdziwienia: Jakim cudem wyszłaś za mąż, skoro wciąż jesteś gruba?«, a także: »Jak możesz motywować innych, skoro sama nie potrafisz zmotywować się do pracy nad swoją sylwetką?«. Co mi to mówi? Tylko jedno – że nie dogodzę wszystkim.
I że wcale tego nie chcę”.

Reklama

Ciało, ciało, CIAŁO!

Bo body positive już ze względu na swoją nazwę pozytywny nie jest. Z założenia ruch ten miał nauczyć nas samoakceptacji, a tak naprawdę znów skierował uwagę całego świata na CIAŁO. Szczupłe, krągłe, masywne, plus size, wychudzone, piękne, brzydkie, zgodne
z kanonami lub całkowicie od nich odbiegające – w samym centrum naszego zainteresowania body positive stawia ciało. Głosi również, że kobiety mogą robić z owym ciałem, co chcą,  zatem nie muszą ćwiczyć, nie muszą liczyć kalorii, a jeśli nie chcą, nie muszą także się golić. I to założenie jest słuszne. Niesłuszne jednak jest to, że propagując tę zasadę (jakkolwiek słuszna by ona była!), równocześnie zaczynamy szykanować te z nas, które CHCĄ o siebie dbać, które ubierają się dla swojego mężczyzny, i które ćwiczą nie dla zdrowia, ale po to, by dobrze wyglądać. „Wszystkie chcemy wyglądać jak Natalia Siwiec, ale nie możemy przyznać się do tego na głos, bo od razu zostaniemy określane mianem niefeministek” – mówi Karolina.

Małgosia dodaje: „Body positive próbuje budować obraz kobiecego ciała w kontrze do dominujących w mediach kanonów, za punkt wyjścia stawiając ciało, a zatem wzmacnia stereotyp, że centrum doświadczenia kobiecości jest wygląd. Tym samym odbiera kobietom możliwość budowania poczucia własnej wartości na czymś innym niż wygląd”. Ponadto, ruch ten początkowo promowany poprzez akcje marketingowe, obecnie rozwija się głównie w mediach społecznościowych, które (jak wiadomo), nie pokazują rzeczywistości, tylko jedynie jej wycinki. Krześniak podsumowuje to tak: „Logika social mediów z automatu zakłada uprzedmiotowienie siebie i swojego wizerunku i stworzenie z niego produktu, który inni po prostu mogą konsumować. W zapłacie za to dostaje się chwilowe i fałszywe poczucie akceptacji oraz kontroli nad sobą, swoim ciałem i wizerunkiem.

W internecie obrazów jest coraz więcej, przez co ich wartość spada (=inflacja obrazów). Dowód? To modelki, celebrytki i kobiety konwencjonalnie atrakcyjne wciąż mają najwięcej followersów i polubień. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że koniec końców to medium po prostu i tak promuje konwencję, podtrzymuje patriarchalny system
i faworyzuje dziewczyny młode i atrakcyjne”.

Ze skrajności w skrajność

Body positive, choć powstało ze słusznych pobudek, obecnie każe nam popadać w skrajności. Akceptować każdą sylwetkę – nawet tę, którą każdy lekarz uznałby za otyłą. A jak wiadomo, otyłość prowadzi do wielu groźnych chorób. Taka dyskusja wywiązała się niedawno w Wielkiej Brytanii tuż po tym, jak na okładce tamtejszego wydania Cosmo pojawiła się Tess Holliday, modelka plus size. Zarzucano twórcom magazynu propagowanie niezdrowego stylu życia. Oczywiście, zdania na ten temat również są podzielone, co właściwie stanowi kolejny dowód na to, że body positive zamiast łączyć kobiety, jeszcze bardziej je dzieli.


fot. brytyjski magazyn Cosmopolitan

„Chcemy wierzyć, że body positive powstało, abyśmy mogły bronić się przed wszechobecną potrzebą zaspokojenia wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają nam mężczyźni, ale prawda jest taka, że największymi krytykami kobiet są inne kobiety” – mówi Karolina. Trudno się
z nią nie zgodzić. Kobiety mają bowiem tendencję do porównywania się do przyjaciółek, przypadkowych przedstawicielek płci pięknej spotkanych na ulicy czy do celebrytek. Dodatkowo, do braku pewności siebie też wstydzimy się przyznać. „Możemy mówić, że akceptujemy każdy typ sylwetki, ale nie wiem, po co oszukiwać siebie, twierdząc, że chcemy wyglądać jak Tess Holliday” – kwituje Karolina.

W ruch niejako krytykujący kanony prezentowane w mediach wpisuje się także tzw. „selfie feminizm”. Selfie feministki to dziewczyny, które prężnie działają na Instagramie. Opowiadają się przeciwko konwenansom, prezentując swoje zdjęcia bez retuszu, bez makijażu, bez wstydu. Buntują się również na inne sposoby – choćby poprzez brak depilacji. Nie mogłam nie zapytać Karoliny i Małgosi, co sądzą o tej tendencji. Zaczęła Małgosia: „Tutaj również założenie było słuszne. Przeszkadza mi jednak to, że znów z czymś walczymy. Internetowa machina i tego typu akcje mają ogromną zdolność mydlenia ludziom oczu, tworzą iluzję, że o coś się walczy, coś się zmienia, a tak naprawdę nie zmienia się nic. Może więc ciągłe skupianie się na ciele (i walka obrazami jednych ciał z obrazami innych) jest po prostu błędem i wcale nie zmienia rzeczywistości, tylko wzmacnia istniejące stereotypy?” – pyta Małgosia.

No właśnie, czy oba nurty – zarówno body positive, jak i selfie feminizm, nie nakładają na nas presji, aby opowiedzieć  się,  najlepiej w radykalny sposób, za którymś z nich? Szczególnie że... „najwięcej kobiet jest gdzieś po środku. Czujemy się przytłoczone wyidealizowanymi wizerunkami innych kobiet z okładek pism i z telewizji, a z drugiej strony nie odpowiada nam do końca własne ciało i nie chcemy pokazywać go publicznie, udając, że czujemy dumę. Jesteśmy więc podwójnie zawstydzone, bo nie umiemy wpisać się w żadną ze strategii zaistnienia w social mediach i poza nimi”. Karolina dodaje: „Koniec końców i tak chcemy patrzeć na ładne, wysportowane ciała. I chcemy o siebie dbać. Tylko dlaczego teraz ktoś mówi nam, że mamy się tego wstydzić?”.

Może odpowiedzią na to pytanie jest rezygnacja z body positive i stworzenie  ruchu positive mind? W myśl którego swoją pewność siebie mogłybyśmy budować, czerpiąc z sukcesów, działań, przedsiębiorczości, relacji w swoim życiu, wiedzy, seksapilu, a nawet komplementów usłyszanych od drugiej połówki? Bo choć ciało jest ważne, nie powinno być ciągłym przedmiotem dyskusji – niezależnie od kontekstu. Szczególnie że wiemy już, że nie umiemy mówić o nim tak, aby nie zawstydzać którejś ze stron.
A może najlepiej byłoby po prostu mówić o nim mniej? Albo wcale? I tym samym stanąć dumnie gdzieś po środku i krzyknąć: „Nie chcę być ani Siwiec, ani Holliday. Chcę być sobą”.

Zobaczcie autorkę tekstu z grudniowego numeru Cosmopolitan w „Pytanie na Śniadanie”

Reklama

Polecamy również

Skomentuj